Kiedy rodzice odwlekli jej pierwsze egzaminy do szkoły baletowej, zrobiła sobie żałobę. Całe wakacje chodziła w czarnym swetrze i w koku. Poszła na drugą turę, dostała się - i dziś Anna Beker prowadzi Jazz Dance Studio, dwa zespoły taneczne i wykłada na Akademii Muzycznej.
Firma, która nigdy się nie zaczęła
To najciekawszy wątek tej rozmowy, bo przeczy typowej opowieści o zakładaniu biznesu. Nie było momentu odcięcia, decyzji „rzucam etat i otwieram szkołę", biznesplanu ani wielkiego startu.
Anna prowadziła zajęcia w wynajmowanej sali, raz w tygodniu. Ktoś poprosił, żeby robiła to pod własnym nazwiskiem, a nie pod szyldem cudzej szkoły. Potem ktoś mądry zauważył, że potrzebne jest logo i plakat. Na plakacie zostało „Jazz Dance Studio", a pod spodem jej nazwisko.
Gdybym usiadła i się zastanowiła, jak nazwać szkołę, pewnie wyglądałoby to inaczej. Ale życie przynosiło scenariusze, które trzeba było chwytać.
Podobnie powstały nazwy zespołów. Młodsza grupa była wyjątkowo dobrze rozciągnięta, więc została Flexy. Starsza mieszała style - hip-hop, breakdance, taniec towarzyski - więc została Fusion. Przy wypełnianiu karty zgłoszeniowej na festiwal, gdzie obie grupy jechały razem, trzeba było wpisać jedną nazwę. Flexy and Fusion zostało do dziś.
Mówienie marzeń na głos
Anna od czasów studenckich powtarzała, że chciałaby pojechać zawodowo do Azji. Zaproszenie na festiwal w Korei przyszło samo, bez zgłoszenia - ale nie z nieba.
Sama to prostuje: to efekt lat pracy, tego, że ludzie kojarzyli ją z innych festiwali i że dbała o dobre relacje ze wszystkimi. Decyzję musiała podjąć w kilka godzin. Pojechała, a potem dostawała zaproszenia co roku - w sumie była tam cztery razy.
Uczyć się bycia orkiestrą
Prowadzenie zespołu bez funduszy oznaczało robienie wszystkiego samemu. Anna wymienia to bez sentymentu: szycie kostiumów, wożenie ze sobą kabli, bo warunki na miejscu bywały różne, a po drodze role pielęgniarki, psycholożki i choreografki.
Ta lista nie jest przechwałką, tylko opisem tego, co realnie oznacza prowadzenie działalności artystycznej bez zaplecza.
Najtrudniejsze w nauczaniu nie są kroki
Zapytana o największą trudność w pracy z grupami, Anna nie mówi o technice. Mówi o psychologii.
Uczniowie przynoszą na salę swoje problemy, a nauczyciel je odbiera i chce pomóc. Trudno się od tego odciąć po wyjściu ze szkoły. Anna przyznaje, że rozmawiając z innymi nauczycielami, czasem czują się przeładowani.
Wskazuje też konkretną przyczynę, która nasiliła się w ostatnich latach: porównywanie się w mediach społecznościowych. Dziewczyny oglądają zdjęcia modelek, a potem stają przed lustrem w sali i szukają u siebie wad.
Trzeba je trochę wyciągać z tego dołka, żeby cieszyły się sobą i nabierały pewności siebie.
Co daje taniec poza tańcem
Anna wraca świeżo z Kongresu Tańca i przywołuje wnioski z badań: w Polsce jest duże zainteresowanie tańcem, a on sam ma wyraźną moc terapeutyczną. Dotyczy to nie tylko pracy zawodowej, ale tańca dla każdego.
U dzieci i młodzieży dochodzi wpływ na rozwój i wyniki w nauce. Do tego dyscyplina i odpowiedzialność wynikające z przynależności do grupy: trzeba przyjść na zajęcia, czy się chce, czy nie, spakować strój, pamiętać o kostiumach, czasem nocować poza domem.
Anna opowiada o Tosi, która na pierwszy dzień konkursu miała wszystko przygotowane - pokrowiec, plecak - zanim ktokolwiek zdążył sprawdzić. Zdjęcie poszło do mamy, która nie dowierzała, że córka sobie poradzi.
Apel o chłopców na sali
To wątek, który wraca kilka razy. Na zajęcia przychodzą głównie kobiety i dziewczynki, a chłopców jest mało - co przekłada się na brak partnerów w choreografiach.
Anna zauważa, że w Azji i w Portugalii ludzie tańczą na ulicach zupełnie naturalnie, a u nas wciąż jest z tym trochę wstydu. Jej apel dotyczy zarówno chłopców, jak i dorosłych mężczyzn.
Pierwszy taniec jako test związku
Zaskakująco praktyczna obserwacja. Przy nauce pierwszego tańca wychodzą rzeczy, które nie mają nic wspólnego z krokami: trzeba odpuścić, dać się prowadzić, zaufać partnerowi przy podnoszeniu.
Anna przygotowywała pierwsze tańce dla znajomych i zdarzało się, że para zaczynała się kłócić - „ty mnie tu pchasz", „to twoja wina". Jej metoda była prosta: wychodziła z sali i mówiła, żeby to rozwiązali. Gdy rozwiązali, kolejne etapy szły już gładko.
Ciemna strona: papiery i delegowanie
Anna mówi wprost, że formalności są tym, do czego siada na końcu i tylko wtedy, gdy musi. Przy natłoku wyjazdów, konkursów i festiwali zostawiała je na później, aż dzwoniła księgowa.
Nauczyła się dwóch rzeczy. Pierwsza to rozkładanie pracy w czasie, żeby nie robić wszystkiego na ostatnią chwilę. Druga okazała się trudniejsza.
Pracując przez lata samemu, wydaje się człowiekowi, że nikt nie zrobi tego dobrze. Czasem faktycznie nie zrobi, ale wspólnego języka można się nauczyć.
Przyszło to po momencie wypalenia. Anna musiała wyjechać na wakacje i przemyśleć, czy chce zajmować się wszystkimi dziedzinami naraz, czy zawęzić pole. Wprowadziła modyfikacje i, jak sama mówi, jest na coraz lepszej drodze odpuszczania.
Czym jest sukces po latach
Nie finansami. Anna definiuje go dwuczłonowo: robię to, co kocham - i coraz częściej potrafię znaleźć w tym przestrzeń dla siebie.
To drugie jest u niej nowe. Był moment, w którym była wyłącznie dla innych: dla uczniów, dla tancerzy, oddając wszystko. Odzyskiwanie własnej przestrzeni traktuje dziś jako osobne osiągnięcie.
Pieniądze nazywa narzędziem - pomocą w realizowaniu marzeń. Bez nich autorski spektakl pozostaje w sferze planów, bo te realizowane na zamówienie mają z góry narzucony temat.
Najważniejszy wniosek
Anna często musiała decydować w kilka minut: czy jedzie, czy podejmuje się projektu. Jej podsumowanie jest wyraźne i wynika z doświadczenia, nie z teorii.
Rzadko żałowałam decyzji, które podjęłam. Najczęściej żałowałam, że za dużo myślałam i odpuściłam temat.
Dodaje, że nawet nieudany projekt bywa stopniem do tego wymarzonego, bo prowadzi do nowych ludzi. A w gorszym okresie radzi dać sobie dystans, odsunąć się od sprawy i wrócić - bo z nowymi siłami wszystko okazuje się prostsze, niż wyglądało.
Kim jest Anna Beker?
Założycielka Jazz Dance Studio w Poznaniu, choreografka i pedagożka tańca. Zaczęła w wieku czterech lat od rytmiki w Centrum Kultury Zamek, a po „Dziadku do orzechów" w Teatrze Wielkim dostała gorączki z wrażenia. Absolwentka szkoły baletowej, wykładowczyni Akademii Muzycznej, prowadzi zespoły Flexy and Fusion oraz Patos Potatos Dance Company. W studiu prowadzi zajęcia dla dzieci, młodzieży, dorosłych i seniorów, głównie w technikach jazzowych i musicalowych.




